Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


PRZEPROWADZKA

środa, 11 listopada 2009 8:35

Niniejszym informuję, że przenoszę się z tym blogiem na WORDPRESS. A dokładniej tutaj: PO PRZEPROWADZCE. Wirtualna Polska już mnie zmęczyła tymi nachalnymi reklamami. Cierpiałem dopóki pokazywały się tylko nad tekstem, ale teraz zaczynają już pływać po całym blogu. Jestem człowiekiem spokojnym, ale co za dużo to niezdrowo. Być może będę tutaj sporadycznie coś jeszcze umieszczał, ale pewnie rzadko i raczej ograniczę się do zdjęć. Jak to poniżej. Zrobiłem je zafascynowany zielenią mchu porastającego płyty chodnikowe.

 

Zatem, do zobaczenia na miziol.wordpress.com.

Będzie mi miło Was gościć.

Pozdrawiam.

komentarze (4) | dodaj komentarz

ZAKOPANE, ZAKOPANE SŁOŃCE, GÓRY I … SMUTEK.

niedziela, 25 października 2009 22:21

Część II.


Kraków przywitał mnie, po roku niebytności, tymi samymi kolejkami do okienek służby granicznej. Jakbym przyleciał z Afryki, a nie z jednolitego organizmu administracyjno - gospodarczego jakim po „YES" Irlandczyków coraz bardziej staje się Unia Europejska. Nie wiem co to będzie gdy Kraków Airport rozbuduje się i będzie przyjmować więcej samolotów. Teraz to jest prowincjonalne lotnisko, obsługujące dwadzieścia - trzydzieści międzynarodowych lotów na dobę, a czasu traci się jak, nie przymierzając, w Amsterdamie. Ale może tylko tak marudzę.

Pogoda była całkiem przyjemna i autobus do Zakopanego był za chwilę po dotarciu przeze mnie na dworzec autobusowy, więc zaczęło się fajnie.

Uwielbiam te widoki po drodze z Krakowa w góry. Szczególnie imponujące w okolicach Nowego Targu. Człowiek odczuwa trochę pokory wobec tego ogromu i czasami to jest potrzebne.

Pensjonat blisko dworca w Zakopanem, na Chramcówkach. Miłe panie, chociaż całość robi dosyć smutne wrażenie. Październik to trochę dziura w sezonie i byłem jednym z bardzo nielicznych gości. Pewnym zaskoczeniem był dla mnie rozmiar łóżek. Nie jestem wielkoludem, ale żeby wygodnie rozciągnąć swoje sto osiemdziesiąt centymetrów potrzebuję jednak dorosłego łóżka. Te tutaj wyglądały na co najwyżej młodzieżowe. Za to, z jakichś tajemniczych przyczyn, byłem zakwaterowany w trójce i gdy w nocy zrobiło się zimno mogłem posiłkować się ekstra kołdrą.

Na wyposażeniu pokoju był też telewizor. Niestety. Lepiej żeby go nie było, tak jak lampki nocnej i ciepłej wody pod prysznicem.

W domu nie oglądam telewizji. Wystarczy mi internet i książki. W pracy nie mam wyjścia, bo plazma wisi na każdej swobodnej ścianie, ale staram się nie zwracać uwagi, no chyba, że leci „X Factor", który uwielbiam.

No więc od razu po zrzuceniu torby włączyłem telewizor, żeby posłuchać co tam w kraju się dzieje. Działo się sporo. Afera za aferą, jakieś komisje, pyskówki, komentarze i to na każdym kanale, a było tych kanałów pięć.

Było jeszcze wcześnie,więc wyłączyłem to cholerstwo i pobiegłem popatrzeć na tłum na Krupówkach i pod Gubałówką, wypić polskie piwo i zjeść pierwsze oscypki. Tłumów nie było, bo to październik, piwo jakby trochę droższe niż rok temu. Tylko kobiety z oscypkami te same.

Następnie udałem się do znajomego gabinetu stomatologicznego, gdzie, jak wiedziałem z ubiegłorocznej wizyty w Zakopanem, przyjmuje dobry dentysta.

Dentysta był na wczasach. Przyjmowała jego sympatyczna żona, która zapewniła mnie, że z jej usług też będę zadowolony. Postanowiłem zaryzykować, bo jej dobrze z oczu patrzyło i nie chciało mi się szukać innego gabinetu. Zapisałem się na następne przedpołudnie i wróciłem do pensjonatu.

Zrobiło się chłodno. W pokoju też. Ciepłej wody pod prysznicem nie było, więc wlazłem pod dwie kołdry i oczywiście włączyłem telewizor. Te same gadające głowy. Znowu coś ukradli, sprzedali za bezcen i kręcili z ustawami. Przerwałem ten optymistyczny bełkot i zasnąłem.

Po dwóch dniach dojechała do mnie siostra i zrobiło się całkiem wesoło, bo mamy podobne poczucie humoru no i przy niej nie potrzebujesz ipoda, radia, telewizora. Nic. Nadaje cały czas.

Zrobiło się tak gorąco, że na ulicy nie można było wytrzymać inaczej jak w t-shircie. Posiliwszy się u podnóża Gubałówki, postanowiliśmy sforsować jej zbocze na piechotę. Udało się, chociaż końcówka była momentami dramatyczna. Na górze odkryłem z niemiłym zaskoczeniem,że bateria w moim aparacie fotograficznym jest prawie całkiem wyczerpana, a ja nie wziąłem ze sobą ładowarki. Udało się zrobić tylko jedno zdjęcie i aparat padł.

Moja siostra była niepocieszona. Szukaliśmy potem w sklepach pasującej ładowarki ale bezskutecznie. Pech?

Przez trzy dni obżeraliśmy się do nieprzytomności, siostra bardziej dla towarzystwa, a ja próbowałem wszystkiego co mi w oczy wpadło i zapachniało. Nie udałoby się tych ton strawić bez odrobiny alkoholu, więc wieczorami było naprawdę wesoło. Czasami aż do łez.

Potem ona pojechała do domu, a ja do Warszawy. Tam spotkałem się z miłą memu sercu osóbką i było naprawdę fajnie. Poszliśmy do „Arkadii" na film. Tytuł: „Julia i Julie" czy jakoś tak. Gniot totalny, który trzymał się kupy tylko dzięki genialnemu aktorstwu Meryl Streep. Wtłoczyliśmy w siebie wiadro kukurydzy i polaliśmy to dwoma wiadrami coli i jakoś dotrwaliśmy do końca. Potem krótki rajd po Placu Zamkowym i okolicach i powrót do domu.

Następnego wieczoru byłem już znowu w Zakopanem. Zaczynało się robić naprawdę chłodno i spadł deszcz.

Pozostało mi kilka dni do wypełnienienia. Nie bardzo wiedziałem czym. Po górach nie chciało mi się chodzić i nie miałem odpowiedniego ubrania. Zakopane obszedłem tam i zpowrotem kilka razy i miałem dosyć. Poczułem się jakiś opuszczony. Próby napisania czegoś spełzły na niczym, bo byłem zbyt senny po tym całym żarciu albo zmęczony łażeniem. Pogoda robiła się coraz gorsza, zaczął prószyć śnieg i chodzenie przestało być przyjemne. Spędzałem sporo czasu w nieogrzewanym pokoju, patrząc w telewizor.i kibicując kolejnym odsłonom różnych afer. W międzyczasie polska reprezentacja piłkarska przegrała, na własne życzenie ze Słowacją, a za oknem rozpętała się śnieżyca.

Wieści dochodzące z całej Polski były bardzo niepokojące. Pogoda załamała się totalnie, czego miałem dowód na miejscu, bo na ulicy trzeba było brodzić po kostki w mokrym śniegu, a samochody poruszały się w bezpiecznym, ślimaczym tempie.

Na Pomorzu podtopienia, na Mazowszu silny wiatr, utrudniający pracę lotnisk, na Podchalu śnieg walący non stop. Wieczorem niezawodny telewizor podał, że na ulicy Chałubińskiego w Zakopanem konar drzewa spadł na przechodzące małżeństwo i mężczyzna niestety nie przeżył, a kobieta jest w ciężkim stanie. Ta wiadomość kompletnie zniechęciła mnie do opuszczania pensjonatu.

Krakowskie lotnisko wyglądało w tym wszystkim jak oaza spokoju i pewności. Samoloty startowały i lądowały planowo. Jedynym problemem było dotarcie tam z Zakopanego.

W przeddzień mojego wylotu autobusy z i do Krakowa miały po kilka godzin opóźnienia i wyglądało na to, że jeśli ta sytuacja się utrzyma to nie mam szans na dotarcie do lotniska na czas.

Rano wyszedłem na pierwszy autobus. Kierowca w czapeczce z bąbelkiem, ewidentnie miejscowy, zapytany jak tam droga, odparł ponuro: nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wyruszyliśmy zgodniez rozkładem i ku memu miłemu zaskoczeniu, dojechaliśmy na miejsce zgodnie z rozkładem. Po wczorajszych korkach i tirach zablokowanych na podjazdach nie było śladu, a jezdnia była czarna i widziało się sporo pługów i piaskarek.

Pozostało jeszcze przedostanie się do samolotu. Lecąc w tą stronę miałem bagaż na granicy dopuszczalnej wagi, a teraz doszło jeszcze sporo ciężkich książek, pamiątki i torba oscypków nabyta przeze mnie na specjalne zamówienie. Ubrałem się w kilka bluzek, koszulę, golf, sweter i kurtkę. Torba jakoś zmieściła się w limicie wagowym,a bagaż „podręczny" dyskretnie podsuwałem nogą, żeby go nie było widać.

Tak ubrany nie wyglądałem dziwnie w zimnym Krakowie, ale po wyjściu z samolotu w Dublinie chyba jednak zwracałem trochę uwagę, więc ściągnąłem z siebie czym prędzej wszystko co się dało. Termometr wskazywał kilkanaście stopni powyżej zera i zimowa Polska wydawała się być na innej planecie.

Posilając się bułkami z wałówki, w którą zaopatrzyła mnie sympatyczna recepcjonistka w moim zakopiańskim pensjonacie, rozkoszowałem się tym ciepełkiem i czekałem na swój autobus. Miło było być znowu w Dublinie.

A Polska zostawiła za sobą jakieś nieokreślone uczucie. Nie nostalgię. Chyba właśnie smutek. Ja już tam nie pasuję. A może to tylko taka jesienna handra? Pewnie spróbuję jeszcze raz na wiosnę, a potem znowu zaryzykuję jesienią. Eh, ciężko być Polakiem.

komentarze (2) | dodaj komentarz

ZAKOPANE, ZAKOPANE SŁOŃCE, GÓRY I … SMUTEK.

wtorek, 20 października 2009 21:27

Część I.

Ta podróż zaczęła się jakoś pechowo i być może to był jakiś znak. Znak nie wiadomo czego, tak naprawdę. Nie powinienem jechać w ogóle, czy jechać gdzie indziej, albo zmienić plan wyjazdu? A może zwykłe przeznaczenie, bo wszystko wyglądało nieco nierealnie.

W drodze na lotnisko zepsuł się mój samochód. Niedzielne południe, wyglądające na bezludne, skrzyżowanie dróg i ja z nogami na sprzęgle i hamulcu. Samochód zaskoczył na wsteczny bieg i tak już zostało. Nic nie mogłem zrobić poza wyciągnięciem kluczyka ze stacyjki, żeby zatrzymać potwora.

Już pobieżna ocena wykazała, że pedał sprzęgła wleciał jakoś do środka i najwyraźniej nie ma połączenia z resztą pojazdu. Moja uboga wiedza mechaniczna pozwoliła mi na dokonanie jedynej w tej sytuacji konstatacji - jestem uziemiony i na pewno nie pojadę tym „złomem" dalej.

Nagle jak spod ziemi pojawił się jakiś starszy jegomość i zaczął bardzo aktywnie zajmować się „pomaganiem". Kładł się pod samochód, kazał sobie otwierać maskę i niemalże odpychał mnie, gdy próbowałem sprawdzić czy jednak jakoś nie dałoby się podłączyć spowrotem tego cholernego pedału sprzęgła. Zaczynał mi już nieźle działać na nerwy gdy wreszcie zaproponował, żebyśmy przepchnęli trochę samochód, bo stoi w niebezpiecznym miejscu. Faktycznie wszyscy nadjeżdżający musieli się trochę gimnastykować, żeby mnie ominąć. Pomógł mi popchać i zapytał jaki mam plan.

Mój plan był taki, żeby zadzwonić po pomoc dla mnie i moich bagaży, a samochód zepchnąć do rowu i olać. Jego wartość praktycznie wykluczała opłacalność większości podejmowanych w takich sytuacjach akcji.

Na użytek tubylca zapodałem, że nie mam właściwie żadnego planu i wzruszyłem ramionami dla wzmocnienia efektu.

Na to staruszek zaczął wyrzucać z siebie wszystkie możliwe w tej sytuacji algorytmy działań. Najbardziej przemówił do mnie plan wciągnięcia mojej limuzyny na jego podwórko, które okazało się być zaraz za widocznymi w niedalekiej odległości krzakami. Pomyślałem, że może jak auto postoi u niego jakiś czas, to będzie zainteresowany nabyciem za niewielką kwotę i obydwaj będziemy happy. W każdym razie miałbym problem z głowy. Przychyliłem się zatem do jego propozycji, a właściwie nagabywań. Wyglądało na to, że bardzo zależy mu na pomożeniu mi i zaczynałem nabierać jakichś podejrzeń. Jakby uprzedając rodzące się we mnie wątpliwości, oświadczył, że nie chce za swoją pomoc żadnej gratyfikacji. Podwórko jest duże i nikomu nie będzie przeszkadzał niewielki samochodzik gdzieś w kącie. A jak wrócę z Polski to go sobie zabiorę i zrobię co będę chciał.

Pobiegł do siebie i wrócił za chwilę w rozklekotanej furgonetce, zaopatrzony w solidną linę. Tutaj muszę dodać, że jak na swój zaawansowany wiek, poruszał się niezwykle żwawo i jazda na uwięzi za nim była prawdziwym przeżyciem. Zaproponował bym w oczekiwaniu na „transport zastępczy", bo wreszcie udało mi się dodzwonić, wszedł do jego domu i umył ręce.

Okazało się, że mieszka z synem, na oko trzydziestoletnim. Zostałem zaproszony do łazienki, a po wyjściu z niej usadzony przed gorącym kubkiem herbaty z mlekiem. Podczas gdy zacząłem konwersować z synem, bo okazało się, że mamy podobne zainteresowania, ojciec gdzieś dzwonił i po chwili oświadczył, że mechanik jest już w drodze i zaraz przyjedzie i oceni co można zrobić. Przypominam, że to jest niedziela i pora gdy większość katolików udaje się na sumę.

Syn się rozgadał i zaczął mi pokazywać swój pokój, nieumeblowany, ale za to obłożony od podłogi do sufitu książkami o rozwoju osobistym i religiach wschodu. Opowiedział jak pojechał do Indii i brał udział w różnych oczyszczających terapiach. Ponieważ ja się bardzo interesuję Ayurwedą, więc mieliśmy sporo do pogadania. Do tego stopnia, że gdy nadjechał mechanik, ojciec nie przerywając naszej dyskusji, pobiegł do niego i zaczęli obaj kręcić się wokół mojego auta, co mogłem obserwować przez okno.

Właśnie byliśmy zajęci z Michaelem, bo tak miał na imię, roztrząsaniem pewnych aspektów religii buddyjskiej, gdy staruszek przybiegł i oświadczył,że już wiadomo co się stało i jak to naprawić, ale teraz trzeba ustalić sprawy finansowe i moja obecność jest jednak wymagana.

Niechętnie, bo jak wspomniałem nie miałem zamiaru inwestować w grata, poszedłem na podwórko i wysłuchałem opinii mechanika. No i dyskusja z Michaelem była naprawdę zajmująca. Tak jak się obawiałem, koszt samych części niezbędnych do naprawy przewyższał kwotę, którą zapłaciłem, kupując to cacko w całości. Mechanik widząc moje wahania, oświadczył, że i tak jest bardzo zawalony pracą i mógłby się ewentualnie zająć moim autem w dosyć odległym terminie. Zaproponował bym spróbował w polskim warsztacie, który znajduje się w mieście odległym o jakieś osiem kilometrów. Tam może być szybciej i pewnie trochę taniej. Telefon do warsztatu jest wypisany na jego ścianie. Dzisiaj niedziela,więc na pewno zamknięty.

Staruszek już odpalał swój wehikuł i za moment pędziliśmy do Kilkenny. Nawet mnie nie zapytał czy chcę tam jechać.

Dotarliśmy pod warsztat i po krótkiej konsultacji telefonicznej, okazało się, że jednak można naprawić mój samochód w jakimś akceptowalnym przedziale cenowym. Wymagane było jednak przyciągnięcie go i pozostawienie kluczyków na znajdującej się naprzeciwko stacji benzynowej, bo właściciel warsztatu był akurat w Dublinie. Gdy przetłumaczyłem mojemu Irlandczykowi treść rozmowy, ten tylko spojrzał znacząco na linę i z wizgiem opon zawrócił na wąskiej ulicy.

Michael był chyba zawiedziony, że musimy na tym zakończyć wymianę poglądów. Wymieniliśmy się numerami telefonów i obiecaliśmy sobie kontynuować rozmowę w korzystniejszych warunkach.

Potem kolejny raz rollercoaster za furgonetką dziadka. Po drodze do Kilkenny złamał chyba wszystkie znane mi przepisy drogowe, mające zastosowanie przy holowaniu pojazdów.

Spocony i na drżących nogach wysiadłem przed bramą warsztatu i solennie podziękowałem mojemu, było nie było, wybawcy. Banknot dwudziestoeurowy przyjął z zadowoleniem, chociaż ani razu nie dał mi do zrozumienia, że oczekuje jakiejkolwiek formy wynagrodzenia. Pożegnał mnie, życząc szczęścia w dalszej podróży.

W oczekiwaniu na „podwody" miałem chwilę, żeby się zastanowić nad tym co się stało, bo przez cały czas miałem wrażenie, że jakoś dryfuję w rzeczywistości i nie mam żadnego wpływu na dalszy rozwój wypadków. W każdym razie doszedłem do wniosku, że to chyba nie jest koniec mojej znajomości w Michaelem i jego uczynnym ojcem.

Samolot z Dublina wyleciał planowo.

komentarze (0) | dodaj komentarz

HASŁO.

wtorek, 29 września 2009 12:52

HASŁO.


Zdarzyło się, że żona wyjechała z dziećmi na parę dni. Do mamy.

Korzystając z okazji postanowiłem nadrobić zaległości w nauce angielskiego, bo na to nigdy nie ma czasu. Cisza i spokój. Cały dom do mojej dyspozycji. Idealne warunki do nauki. Odszukałem w pawlaczu podręcznik, odkurzyłem go i odpaliłem komputer, żeby w nim umieścić dysk dołączony do książki.

Jestem kelnerem, więc znajomość języków obcych, a szczególnie angielskiego, bardzo mi się w pracy przydaje. Europa się jednoczy, ludzie przewalają się z jednego krańca kontynentu na drugi i ktoś musi zrozumieć czego im do szczęścia potrzeba. Czasami trzeba też objaśnić, że to co kolego niósł na talerzyku nazywa się bigos i jest jak najbardziej do jedzenia, chociaż wygląd świadczyłby, że nie albo, że to już raz było zjedzone. Ale nie czepiajmy się. Chińczycy spożywają gniazda jaskółek, Japończycy surowe ryby, a Indianie jeszcze ciepłe i parujące wątroby i serca bizonów. Sam widziałem. W jakimś westernie. Nasze flaki z setką wódki to przy tym posiłek dżentelmenów.

Komputer zarządał hasła. Ja tych gówniarzy kiedyś pozabijam! Człowiek ma dobre chęci, nastrój i chwilę czasu i nic nie może zrobić.

Zadzwoniłem. Odebrała żona. Po kilku minutach przesłuchiwania mnie na okoliczność dlaczego nie jestem w pracy (mam wolne), co to za kobiece głosy słychać (telewizor) i dlaczego włączam komputer dzieci ( kiedy go kupowaliśmy był dla wszystkich, ale kto to pamięta) łaskwie poszła się zapytać chłopców o hasło.

Jak na złość, komórka musiała się akurat w tym momencie rozładować. Moja oczywiście. Niestety. Już wiedziałem, że będę musiał wysłuchać kilku konkretnych uwag na temat swojej gapiowatości. Jej komórka nigdy nie zdychała w połowie rozmowy.

Zacząłem się rozglądać za ładowarką. Cholerne dzieciaki!

Wszyscy w domu mieliśmy ten sam model telefonu. To jej pomysł. Podobno dostaliśmy jakiś duży rabat przy zamówieniu czterech takich samych. Nie wiem jaki duży był ten rabat, bo według mnie jeden telefon, przed tym rabatem, kosztował tyle co hamburger w Mc Donaldzie. No, ale nie o to chodzi. Mieliśmy cztery identyczne telefony i cztery ładowarki. Dwie, oczywiście, od razu „wcięło". Nasi chłopcy byli naprawdę utalentowani. Chyba jeszcze bardziej niż ja.

Nie było wyjścia. Wyszedłem na dwór i podłączyłem do ładowarki samochodowej. Cholera nie chciała się ładować, dopóki nie przekręcisz kluczyka. Co robić? Okolica tutaj raczej spokojna, ale kluczyk w stacyjce i telefon komórkowy na wierzchu to jednak duża pokusa dla każdego przechodnia. Na szczęście okno kuchenne wychodzi na parking przed domem. Pomyślałem, że zjem coś, a tymczasem telefon podładuje się na tyle dostatecznie żebym mógł porozmawiać kilka minut i żeby mi podali to cholerne hasło.

Otworzyłem lodówkę. Moja żona to systematyczna kobieta. Plastikowe pojemniczki z nalepionymi karteczkami, opisującymi zawartość, stały równiutko na półkach. Według niej, nawet absolutny kretyn, który przypadkowo otworzyłby naszą lodówkę nie miałby kłopotu ze zidentyfikowaniem jej zawartości. No.

Patrzyłem, patrzyłem i ni cholery nie wiedziałem co wybrać. Bo co to niby miało znaczyć, na przykład: P.d.p. Podroby do podsmażenia? Pokarm dla psa? Wyglądało jakoś tak nijak.

Usmażyłem sobie jajecznicę. Szukając jajek natknąłem się na butelkę wódki, która stała na drzwiach lodówki chyba od Wielkanocy. U nas w domu się nie pije alkoholu, chyba że przyjdą goście. Gości nie było od Wielkanocy, a i wtedy żona dozowała wszystkim w jakieś naczynia, które były widoczne na stole tylko przez teleskop Keplera.

Ja tam czasem po pracy walnę sobie parę gram dla poprawienia nastroju, ale oczywiście zaraz zagryzam to toną miętusów, żeby złego nie kusić.

Wlałem sobie pół szklanki i wypiłem jednym haustem. Od razu lepiej.

Ktoś zapukał do drzwi. Sąsiadka przyszła zapytać, czy nie mógłbym jej pożyczyć żelazka, bo jej się właśnie zepsuło, a ona za chwilę musi wychodzić na miasto na cały dzień i nie ma jak uprasować czegoś tam. Poszedłem poszukać żelazka na pawlaczu, a ona została w drzwiach. To był poważny błąd. Zeskanowała oczywiście wszystko w zasięgu wzroku i na pewno zauważyła butelkę na stole.  Już wiedziałem, że będę musiał wysłuchać konkretnej pogadanki na temat mojego rzekomego alkoholizmu. Moja żona i sąsiadka były, tak zwanymi, najlepszymi przyjaciółkami. To znaczy donosiły sobie wzajemnie na mężów i dzieci i miały z tego niezłą uciechę.

Poszła. Niech ją szlag trafi. Nalałem sobie pół szklanki i wypiłem jednym haustem. Jak spadać to z wysoka.

Umyłem starannie talerz po jajeczniczy, patelnię i wszystkie sztućce. Taką mam zasadę, że zaraz po zjedzeniu myję wszystkie naczynia. Nie wiem skąd to mi się wzięło, ale raczej nie z wojska.

Popatrzyłem przez okno na samochód. Wszystko w porządku. Niech się ta komórka jeszcze chwilę poładuje.

Przyniosłem z pokoju książkę do angielskiego i zacząłem przeglądać. Ktoś zapukał do drzwi. Sąsiad przyszedł. Moja stara pojechała na cały dzień do miasta - mówi i wyciąga butelkę wódki zza pleców. Coś mi się zaczęło wydawać, że z angielskim może być mały problem tego dnia.

Głupio tak pić bez zakąszania. No i niekulturalnie. Ugotowałem trochę makaronu i wyciągnąłem pojemniczek z napisem p.d.p. Stał akurat z brzegu. Sąsiad zasugerował, że to pewnie znaczy - przekąska do połówki, ale znając moją żonę miałem niejakie wątpliwości. Po podgrzaniu przybrało konsystencję gęstego sosu, który doskonale nadawał się do polania makaronu. Sąsiad doszedł do wniosku, że pachnie nieźle. Nie mogłem potwierdzić, bo mam ciągle katar. Człowiek biega całe dnie pomiędzy rozgrzaną kuchnią i klimatyzowaną salą i efekt jest taki, że ma się notorycznie zapchany nos.

Byliśmy w połowie makaronu, gdy sąsiad rzucił okiem w okno i podskoczył na krześle.

Moja stara wróciła - mówi i zaczyna się rozglądać po kuchni. W ręku trzyma butelkę z wódką, bo właśnie miał polewać.

Patrzę w okno. Rzeczywiście jego stara wróciła. Widocznie zapomniała czegoś.

Za chwilę słyszymy pukanie.

Sąsiad tak się wystraszył, że upuścił butelkę na podłogę. Rozbiła się z głośnym hukiem. Niech to jasna cholera porwie! Śmierdzi jak w gorzelni. Idę otworzyć drzwi.

Sąsiadka pyta czy nie wiem gdzie jej stary polazł. Nie wiem - mówię - A co się stało? Mówi, że kluczy od mieszkania nie wzięła, a nie jest pewna czy żelazko wyłączyła. Jak go zobaczę to przekażę, ale ono chyba samo się wyłącza - mówię. Znaczy, żelazko.

Pokiwała głową i pyta co tak śmierdzi alkoholem. Okna myję - skłamałem.

Znowu pokiwała głową, jeszcze raz dokładnie zeskanowała nasze mieszkanie i poszła.

Już wiedziałem, że pogadanka na temat alkoholizmu będzie długa i z użyciem wielu epitetów.

A tak spokojnie się ten dzień zapowiadał.

Sąsiad stoi za drzwiami i się trzęsie. Pytam co mu jest. Szok - mówi.

Posprzątałem szkła z podłogi i dokładnie wytarłem, żeby nie pozostał żaden ślad.

No i co teraz - mówię - Zjedzmy chociaż ten makaron do końca.

Jemy. Ja zawsze jem powoli i metodycznie. Kiedy w domu siadamy do stołu, ja zawsze kończę ostatni.

Sąsiad je nerwowo, wrzuca w siebie makaron jak w śmietnik. Zaczynam się śmiać z niego, że taki zdenerwowany bez powodu. Przecież nic się nie stało - mówię. Ale mogło się stać! On też zaczyna się śmiać.

Mówi się, że małżeństwo przedłuża mężczyźnie życie. Nie wiem na kim te badania były przeprowadzane, ale na pewno nie na moim sąsiedzie. Takiej małpy jak jego ślubna to ze świecą szukać. Nawet ja lepiej trafiłem. Chyba.

Szkoda mi się go zrobiło. Chodźmy na jednego - mówię. Niech się biedak odstresuje. I ten makaron mi jakoś w żołądku stoi.

Poszliśmy.

Jak powszechnie wiadomo człowiek wybiera się na jednego, ale nigdy na jednym się nie kończy. Tym razem też nie było odstępstw od tej reguły. Zasiedziałem się. Sąsiad poszedł wcześniej, bo mu się wychodne kończyło i żona miała lada moment wrócić z miasta.

Ja wróciłem póżno i widzę, że straż pożarna stoi pod naszym domem i okno u sąsiada wybite.

Co się stało? - pytam strażaka. Jakaś kretynka nie wyłączyła żelazka - odpowiada. Jeden pokój do remontu i szyba wybita, bo nie mogli się do środka dostać. I tak nieduże straty. Mogło być gorzej.

Wydaje mi się, że widzę sąsiada za oknem. Chyba ma podbite oko. Nie przyglądam się za bardzo, bo zauważam kobiecą głowę za jego plecami. Chowam się w mieszkaniu.Wolę nie ryzykować spotkania z szarżującym nosorożcem. Pewnie go wzięła na spytki i przyznał się z kim pił.

Patrzę na komputer. Ciągle czeka na hasło. Biegnę do samochodu. Kluczyki na miejscu, telefon też. Nic nie ukradli. Dziwne.

Włączyłem telefon. Zadzwonił prawie natychmiast. Ona oczywście. Zaczyna się drzeć jak jasna cholera. Uspokój się - mówię - Pożar był u sąsiadów. Zainteresowała się jak to się stało i czy u nas wszystko w porządku.

Mówię, że u nas nic się nie stało, a sąsiadka zostawiła niewyłączone żelazko i pokój im się trochę nadpalił. Pewnie miała takie samo, jak to co u nas na pawlaczu leżało, z zepsutym termostatem - mówi ona.

Już wiedziałem, że będę musiał wysłuchać kilku konkretnych uwag na temat mojej sklerozy. Rzeczywiście zapomniałem, że dobre żelazko stoi w łazience, razem z deską do prasowania. Wychodzi na to, że ten pożar to przeze mnie.

Żona pyta co tak milczę. Nic - mówię - Zmęczony jestem. Ten pożar i w ogóle.

Chyba jej się trochę żal zrobiło, bo pyta czy coś jadłem. Makaron sobie ugotowałem - mówię - I polałem tym sosem. No z tego pudełka, na którym było napisane p.d.p.

Pyta czy całkiem już jestem głupi? Dlaczego? Przecież to pasta do podłogi, a nie żaden sos! - drze się.

Już nie pytam czemu trzyma pastę do podłóg w lodówce. Dobra - mówię - Podaj mi to hasło. Mam już dosyć tej rozmowy.

Idiota - powiedziała i rozłączyła się.

Wpisuję powoli, jednym palcem. Idiota. Hasło nieprawidłowe - mówi komputer.

Ech! Co za dzień! Nic się nie udaje. Lepiej pójdę spać. A mialem takie dobre zamiary.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdarzyło się.

czwartek, 24 września 2009 21:48

Często, mieszkając jeszcze w Polsce, zastanawiałem się dlaczego na tzw. Zachodzie występuje syndrom stałego zmęczenia, czy jak to tam się nazywa. Trochę to było dla mnie niezrozumiałe, bo ja się nie czułem zmęczony prawie nigdy. Tu muszę dodać, że w Polsce zawsze pracowałem na swój własny rachunek, prowadząc jakąś działalność lub wykonując tzw. wolny zawód. Owszem, wieczorami czułem fizyczne zmęczenie, ale to nie miało nic wspólnego z żadnymi syndromami. Po prostu spać mi się chciało. Wtedy uważałem, że to jakaś kolejna wymyślona historia z tym syndromem wiecznego zmęczenia. Przecież jak ktoś się zmęczy to odpoczywa i znowu ma siły do dalszego życia. Proste jak drut.

Zaczynam ostatnio zmieniać zdanie.

Pracuję teraz sześć razy w tygodniu, po około 10 godzin na dobę i już nie pamiętam, kiedy czułem się NIEZMĘCZONY.

Na szczęście, od 5 października mam 10 dni urlopu, jadę do Zakopanego i mam nadzieję na solidny wypoczynek.

Skończyłem pisać„EXITUS" i chociaż nie jestem do końca zadowolony z efektu końcowego, to już tak to zostawiam.

Trochę pożytecznych wniosków udało mi się wyciągnąć z tego pisarskiego eksperymentu. A najważniejszy z nich - nie należy się spieszyć i publikować byle czego.

Aby nie stracić kontaktu z wszystkimi, którzy kibicowali mi tutaj i swoją obecnością oraz komentarzami dodawali chęci do dalszego pisania, postanowiłem publikować krótkie opowiadania. Przeważnie oparte na moich własnych przeżyciach lub zasłyszanych gdzieś, prawdziwych historiach. Pewnie nie będzie to się odbywało zbyt regularnie, ale postaram się nie rozciągać za bardzo przerw między kolejnymi wpisami. W każdym razie, dopóki nie będę dostatecznie pewny, że poziom tego co piszę jest przynajmniej zadowalający, nie będę na siłę zapychał dziury w czasie. Chyba, że zdarzy się coś nadzwyczajnego, o czym chciałbym napisać.

Postanowiłem nadać tej serii (mam nadzieję) opowiadań wspólny tytuł: „Zdarzyło się..". Pierwsze opowiadanie jest już mocno zaawansowane, więc pewnie umieszczę je tutaj w ciągu kilku dni. Gdybym jednak nie odzywał się przez najbliższy tydzień, proszę zadzwonić po 112.

komentarze (10) | dodaj komentarz

exitus

środa, 09 września 2009 23:00

26.


- Ja mam z Niemcem przy jednym stole siedzieć? I jeszcze się jajkiem dzielić? Nie lepiej było w domu zostać? - Otocki, ubrany w garnitur, co już było dostatecznym powodem do zdenerwowania, sadowił się na tylnym siedzeniu samochodu Maryli. Stara, wytarta reklamówka z brzęczącą zawartością, spoczęła pod jego nogami.

- Tato! Nie marudź! Będzie fajnie. To nie żaden Niemiec, tylko Polak taki sam jak ty i ja. Tyle tylko,że z niemieckim paszportem. Mało to takich w Polsce? Może byś te butelki wstawił do bagażnika? Jak się któraś stłucze, to mi cały samochód zasmrodzi.

- Nic się nie stłucze. - Otocki wstrząsnął się z oburzenia. - Już ja ich tu przypilnuję. W bagażniku mogłoby się właśnie coś stać.

Otocka, która od kilkunastu minut siedziała nieruchomo na przednim siedzeniu w pełnej gotowości do podróży, wzruszyła lekko ramionami.

- Po jaką cholerę taszczysz ze sobą to świństwo? - zapytała, nie odwracając głowy. - Tylko nam wstydu narobisz przy obcych. U Teresy na pewno będzie dosyć alkoholu.Przecież to zajazd.

- Ja tam byle czego nie będę pił. Sam zrobiłem...

- I sam wypijesz! - Otocka nie dała mu dokończyć.

- Dam radę - odmruknął pod nosem i pomacał reklamówkę, sprawdzając czy się czasami któraś z butelek nie przewróciła. Czuł się źle w garniturze. Cholera nadała te święta poza domem. Tylko się człowiek musi męczyć. I jak tu z tym Polako - Niemcem gadać, żeby nie wyjść na prostaka? Otocki próbował przypomnieć sobie wszystkie znane niemieckie słowa, ale wszystko, co mu do głowy przychodziło to: „raus" i „maul halten". Był pewien, że to po niemiecku, ale nie sądził, że będzie miał okazję popisać się nimi przy stole wielkanocnym.

Dzieci otworzyły drzwi z drugiej strony i zaczęły się sadowić koło niego. Pomacał butelki jeszcze raz. Wszystko w porządku. Dam radę, pomyślał. Chciał żeby już było po swiętach.


***

- Jak to zwolnili? - Teresa popatrzyła na Marylę pytająco.

- Normalnie. To znaczy, pismo dostał i ochroniarze przyjechali dopilnować żeby opuścił oddział jak najszybciej.

Teresa przyglądała się jej z niedowierzaniem.

- Ale co się stało? Przecież tak szybko awansował, robił karierę i w ogóle. I tak nagle z dnia na dzień go wyrzucają. Jakieś pieniądze przynajmniej dostał?

- Dostał dużą odprawę, ale musiał podpisać jakieś dokumenty. Że nie będzie wykorzystywał informacji o firmie i jej klientach i że nie będzie pracował dla konkurencji przez najbliższe dwa lata.

Elegancki partner Teresy wszedł do pokoju ze szklanym dzbakiem kawy w ręku. Podniósł go pod swiatło i uśmiechnął się zadowolony.

- Taka jak lubię mocna i aromatyczna - powiedział z uśmiechem. - O kim plotkujecie?

- O Pawle - odpowiedziała Teresa. - Zwolnili go i ma zakaz pracy w instytucjach finansowych przez najbliższe dwa lata.

- Naprawdę? Jak to możliwe? - Mężczyzna zatrzymał się przed swoim krzesłem i nie siadał. Już się nie uśmiechał.

- Możliwe. Niestety. Podobno pociął się ze swoim szefem - mruknęła Maryla, bardzo zajęta zawartością swojego talerza.

- Uważaj! - krzyknęła Teresa. - Kawę rozlewasz na podłogę!

- Tisze jediesz, dalsze budiesz - Otocki popisał się swoją znajomością języków obcych. Nalał w kieliszki i podszedł do Niemca.

- No to raus i maul halten! - powiedział z namaszczeniem i stuknął w kieliszek mężczyzny.

Wypili jednym haustem.

Szpakowate włosy na skroniach mężczyzny pokryły się potem. Wypuścił powietrze gwałtownie, odstawił kieliszek i wyszedł z pokoju.

- Co mu się stało? - zapytał zdziwiony Otocki.

- Zawsze ojcu mówiłam, że ojca samogon jest za mocny - rzuciła Teresa.

- Za mocny? - zdziwił się znowu Otocki. - Paweł zawsze mówi, że za słaby. Właściwie mógł z nami przyjechać, zamiast pilnować domu. Trzeba było Kondyrową porosić, żeby zajrzała kilka razy.

- Kondyrowa nie mogła. Pojechali z całą rodziną do Ornety. Siostrę tam ma - odpowiedziała Maryla.

Teresa wstała i podeszła do okna. Na dziedzińcu zajazdu jej facet chodził nerwowo i rozmawiał z kimś przez komórkę, gestykulując gwałtownie.


***

- Ale się zalał - mruknął fryzjer, spoglądając na Pawła, drzemiącego na taborecie w kącie zakładu.

- Wcale tak dużo nie wypił - ze zdziwieniem dorzucił Gacek. Siedział na fotelu, ściskając w ręku butelkę piwa. Tadeo przyjął go na praktykę i Jarek niemalże zamieszkał w zakładzie.

Telefon komórkowy w kieszeni Pawła zabrzęczał natarczywym dzwonkiem.

- Może coś ważnego? - Gacek popatrzył pytająco na mistrza Tadeo. - Odebrać?

- Odbierz.

Zanim Jarek uporał się z wyciągnięciem telefonu z kieszeni spodni Pawła, dzwonek ucichł. Na wyświetlaczu nie pokazał się żaden numer.

- Jakiś anonim - mruknął i aż podskoczył, bo komórka znowu zawibrowała w jego dłoni.

- Halo - powiedział niezdecydowanie i słuchał przez moment. - To chyba do pana. - Spojrzał na Tadeo.

- Do mnie? - zapytał zaskoczony fryzjer.

- No. Powiedział, że jakiś łysy chce się z zobaczyć. To chyba do pana, co?

- Łysy?! Daj no ten telefon! - Tadeo złapał komórkę i wyrzucił stek przekleństw pod adresem anonimowego rozmówcy. Spoglądał na Gacka porozumiewawczo.

Paweł przekręcił się na krzesełku.

- Exitus - mruknął niewyraźnie i uśmiechnął się przez sen.

Popołudniowe, wiosenne słońce zaglądało do zakładu mistrza Tadeo i grzało go przyjemnie w twarz. Znowu śniło mu się, że lata.


KONIEC

komentarze (16) | dodaj komentarz

Lew zaryczał

niedziela, 30 sierpnia 2009 23:44

25.

- Wszystkie wyniki ma pan w normie - laborantka wręczyła Pawłowi plik druczków zawierających wyniki badania krwi. Paweł zapłacił w kasie i wyrzucił kartki do kosza.

Zrobił badanie w poniedziałek z rana, zaraz po dojechaniu do Gdańska. Chociaż nie doszło do niczego z tymi dziewczynami w Warszawie, bo jak zwykle po alkoholu nabierał zainteresowania seksem, ale tracił możliwości, to jednak wolał być pewien, że nie złapał żadnego świństwa. I bez tego życie było dosyć skomplikowane.

We wtorek przystąpił do realizowania planu, ustalonego wspólnie z Marylą.

Zredagowanie ogłoszenia do prasy, o tym, że Financial Brokers w Gdańsku poszukuje kandydata na stanowisko księgowego zajęło tylko chwilę. Poprosił Kasię o sprawdzenie cenników ogłoszeń we wszystkich lokalnych dziennikach i wybranie najdroższego wariantu. Nie widział powodu do oszczędzania na tak istotnej dla oddziału kwestii.

Tak jak się spodziewał, informacja przeciekła niemal natychmiast. Pół godziny potem Paprocki zapukał do drzwi jego gabinetu.

- Pan dyrektor poszukuje księgowego do oddziału? - zapytał ponurym tonem, stojąc przed biurkiem. Paweł nie poprosił go żeby usiadł.

- Tak. Myślę, że nadszedł czas na zmiany. Nie możemy się porozumieć, więc musimy się rozstać - Paweł patrzył prosto w spuszczone oczy Paprockiego.

- Czy to jest decyzja dyrektora Jasińskiego? - Paprocki mówił w podłogę.

- To jest moja decyzja, bo ja tu jestem dyrektorem i ja decyduję z kim będę pracował. - Tym razem ich oczy spotkały się na krótką sekundę.

- Rozumiem - wyrzucił księgowy przez zaciśnięte zęby i wyszedł bez słowa pożegnania.

Nic nie rozumiesz, pomyślał Paweł. W gruncie rzeczy współczuł trochę Paprockiemu. Facet pracował z całych sił i starał się. Po prostu nie pasowali do siebie. Paweł przeczuwał, że krótka rozmowa, którą odbył przed chwilą, może być początkiem sporych kłopotów.

Nie mógł się doczekać.

Zwalnianie ludzi nie było przyjemne. Za każdym stała jakaś prywatna historia, życie i problemy i Paweł, chociaż starał się o tym nie myśleć, czuł się jakby rozjeżdżał kogoś buldożerem. Nie miał jednak wyjścia. Albo on niektórych rozjedzie albo sam zostanie rozjechany.

Z Mariuszem Winiarskim nie poszło tak lekko. Jednak lubił go najbardziej z całego oddziału.

Tym razem Paweł nie patrzył na rozmówcę, gdy informował go, że może sobie od następnego tygodnia poszukać nowej pracy.

Mariusz był tak zaskoczony decyzją dyrektora, że na początek zdołał tylko wydusić:

- Dlaczego?

Paweł zmusił się do zachowania spokoju i marsowej miny. Pomimo wszystko miał satysfakcję. Tracił doskonałego managera i sprzedawcę, ale takie posunięcie z całą pewnością zmieni jego pozycję. Żałował teraz, że wcześniej nie podejmował tak zdecydowanych decyzji. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej. A już na pewno czułby się lepiej.

- Dlaczego? Dlatego, że ja nie chcę pracować z ludźmi, do których nie mam zaufania i którzy, za moimi plecami, dogadują się z kimś innym. Wozisz wnioski do Ferenca, więc może on cię przyjmie do siebie. Jestem nawet pewien, że cię przyjmie. Masz doskonałe wyniki.

- Ale ja tu zbudowałem dobry unit i ... i ... i mam wysoką sprzedaż...

- Trzeba było o tym myśleć zanim zacząłeś kręcić się przy Ferencu - Paweł wszedł mu w słowo. Przedłużanie egzekucji nie miało sensu. I tak by nie zmienił swojej decyzji, bo sprawy zaszły już zbyt daleko.

- Oficjalne przyczyny zwolnienia masz w piśmie, które Kasia ci zaraz da w sekretariacie. Twoim unitem będzie teraz kierował Bzdęga. - Paweł wstał i podszedł do okna. Odwrócił się plecami do Mariusza, dając do zrozumienia, że spotkanie jest skończone. Stał jeszcze chwilę po tym, jak drzwi cicho zamknęły się za Winiarskim. Bzdęga potrafił spieprzyć najprostszy kontrakt i bez przerwy balansował na granicy wylania na zbity pysk. Mianowanie go managerem powinno odnieść oczekiwany skutek.

Następne decyzje były już dużo łatwiejsze.

Managerowie, wszyscy oprócz Mariusza, wezwani na krótkie zebranie, oczekiwali w napięciu na jego słowa. Widzieli, że coś się dzieje, ale nie mogli się zorientować co. Bzdęga rozglądał się niepewnie, pierwszy raz w nowej roli.

- Do świąt zostało dwa tygodnie. Chciałbym żeby maksymalna liczba agentów i wszyscy spośród państwa wykorzystali teraz urlopy. Po świętach ruszamy do ataku i chciałbym, żeby wszyscy byli dobrze do tego przygotowani. Proszę pozamykać wszystkie rozpoczęte negocjacje i nie zaczynać nic nowego przez najbliższe dwa tygodnie.

- Ale teraz zaczyna się spory ruch i jest okazja do poprawienia wyników - zaprotestowała Ewelina Pająk. - Wszystkie oddziały pracują teraz na pełnych obrotach, a my pójdziemy na urlop? Stracimy duże prowizje, panie dyrektorze.

- Odbijemy sobie to z nawiązką po świętach. Od jutra, z przyczyn technicznych, nie będę akceptował żadnych nowych umów. Żadnych.

- Ale... - jeden z managerów chciał coś powiedzieć.

- Nie ma żadnego ale - Paweł nie dał mu dokończyć. - To wszystko. Proszę wykonać.

Wychodzili z gabinetu z ponurymi minami. Wiedział, że większość z nich zawiśnie zaraz na telefonach. Miał taką nadzieję.

Pozostała ostatnia sprawa. Wezwał Kasię do siebie i porosił ją o zamówienie wszystkich materiałów. Pięć razy więcej niż zwykle.

- Ale my już mamy limit na ten miesiąc wyczerpany - zaprotestowała Kasia. - Wie pan jak Warszawa pilnuje, żeby się trzymać limitów. Nie możemy poczekać te kilka dni do zakończenia miesiąca?

- Nie. I chciałbym, żeby faktury dotarły do nas w ciągu dwóch dni, więc proszę zamówić wszystko zaraz. Rozumie pani?

- Tak. To znaczy, nie ... - Kasia była zdezorientowana.

- Nic nie szkodzi. Potem pani wyjaśnię.

- No dobrze. Aha, Paprocki zostawił u mnie wszystkie gotowe wnioski z zeszłego tygodnia. Mogę je teraz przynieść do podpisu?

- Tak. Niech pani przyniesie.

Kasia wrociła z naręczem dokumentów. Chwilę czekała aż dyrektor, jak zwykle zacznie podpisywać, ale Paweł powiedział, że jeszcze chce rzucić okiem na nie.

Po jej wyjściu otworzył dolną szufladę biurka, na dnie której leżały trzy wnioski Jasińskiego. Wepchnął tam pozostałe papiery i zamknął szufladę na kluczyk. Znajomi Jasińskiego będą musieli trochę poczekać, razem z innymi. Teraz on dyktował warunki.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Psia mać

czwartek, 27 sierpnia 2009 19:35

Zdarzyło się, że wszedłem w posiadanie świnki morskiej, psa i samochodu. Na trzy tygodnie. Ich prawowita właścicielka udawała się na kanikuły i trzeba było znaleźć tzw. dobre ręce.

Kto kogo objął w posiadanie to, w świetle późniejszych wydarzeń, sprawa dyskusyjna, ale po kolei.

Świnka morska okazała się dosyć bezmyślną maszynką do przerabiania wszystkiego na gó.no. To znaczy, nie była taka całkiem bezmyślna, bo kiedy jej się pasza kończyła, dawała o tym znać głośnym piszczeniem. W jakiś sposób potrafiła też odkryć, że narwałem jej świeżej trawy bo zaczynała drzeć mordę jak tylko otwierałem drzwi z garścią zielonej soczystości w ręku.

Sam miałem ochotę zeżreć to zielsko, pod wpływem jej radosnego skakania po klatce. Doszło do tego, że zawracałem spod drzwi o każdej porze dnia i nocy, kiedy znajomy wizg przypominał mi, że ktoś tam czeka na świeże pożywienie. Wystarczyło, że klucz zachrobotał w zamku.

Próby ignorowania nachała, nie powiodły się, bo nie mogłem znieść jej wzroku, kiedy zmuszony byłem zaaplikować jej, jak to u normalnych ludzi bywa, porcję suchej karmy. Jadła. Ale widziałem, że robi to jedynie z przyzwyczajenia i bez przyjemności.

Pewne problemy powstały też z wodą, która wisiała z boku klatki, w specjalnie skonstruowanej butelce. Po pierwsze butelka wydawała dziwne dźwięki, kiedy Micky - tak miała/miał na imię - zaspokajał/a pragnienie. A ponieważ lubiła cholera popić, więc czasami wyrywała mnie z najgłębszego snu tym chrobotanio - drapaniem. Po drugie, butelka była sporych rozmiarów i, teoretycznie, jedno napełnienie mogłoby wystarczyć na cały tydzień. Dosyć szybko doszedłem jednak do wniosku, poprzedzonego dłuższymi obserwacjami Micky'ego, że po dwóch dniach w plastikowej butelce woda traci smak i aromat i wymaga zmiany. Nie jestem pewien, czy nie byłem poddawany jakiejś formie hipnozy ze strony tego bydlaka.

Pies to osobna historia. Jeszcze gorsza. Imię jego Lucky. To mówi samo za siebie. Wygląd też.


Zaaklimatyzował się podejrzanie szybko. Każdego dnia, po pracy, przynosiłem mu kawałek czegoś dobrego, bo w hotelu codziennie wyrzuca się tony jedzenia.

Z początku na widok każdej porcji jedzenia potrafił podskoczyć na wysokość metra, żeby wyrwać mi ją z ręki i wchłonąć niemalże bez gryzienia.

Po kilku dniach przebywania ze mną podnosił się na już tylko na zadnie łapy i po uważnym obwąchaniu kawałka habaniny, niespiesznie spożywał.

Pod koniec doszło do tego, że musiałem smażyć swieże piersi z kurczaka i podawać jeszcze ciepłe, ociekające tłuszczykiem żeby ta cholerna swołocz raczyła zeżreć. Suka!

To znaczy, pies. Można to było rozpoznać po tzw. drugorzędnych, bardzo rozwiniętych u tego osobnika, cechach płciowych oraz pewnych charakterystycznych zachowaniach, które nawet próbowałem sfotografować. Z dosyć miernym efektem, ponieważ mój aparat fotograficzny, nawet ustawiony na zdjęcia szybko poruszających się obiektów, nie był w stanie nadążyć za amplitudą ruchów Luckiego.

Tak to mniej więcej wyglądało.



To pod spodem, to pluszowa zabawka, która została dostarczona razem z nim jako jego „ulubiona".


Po wszystkim, zalegał zmęczony, obejmując czule swoją wybrankę i drzemiąc słodko. Samo życie!


Ta forma aktywności zabierała około dziewięćdziesiąt procent jego, wolnego od snu i posiłków czasu. Pozostałe dziesięć procent pochłaniało nakłonienie mnie do spaceru lub sprawdzanie, czy moja noga nie mogłaby w jakiś sposób stać się alternatywą dla jego sex toy. Musiałem skarcić go kilkakrotnie ścierką, zanim doszło do tępego łba, że ma się odpieprzyć od mojej nogi.

Nasze pożycie układało się w miarę spokojnie. Zakłóciły je tylko dwa incydenty.

Najpierw w swej nieświadomości napoiłem go mlekiem i przebudzony w środku nocy okropnym smrodem, stwierdziłem, że prysznic jest dokładnie obsrany. Ponieważ wina była częściowo moja, więc został tylko pouczony słownie, że jak ktoś pić nie może to lepiej niech wcale nie zaczyna. Po uprzątnięciu ekskrementów, przeszliśmy do porządku dziennego na tym incydentem.

Drugi incydent polegał na spożyciu przez niego słuchawek, których normalnie używałem do słuchania muzyki i rozmów na skypie.

Tym razem wyszedłem trochę z siebie i zastosowałem raczej drastyczną formę przemocy, z użyciem niebezpiecznego narzędzia t.j. pozostałości słuchawek. Odwołałem się też werbalnie do jego przodków i ich niewłaściwego prowadzenia się oraz wyartykułowałem w jego kierunku kilka epitetów, porównujących go do męskich organów płciowych. W różnej kombinacji. Mam nadzieję, że sąsiedzi mi wybaczą.

Dotarło. Po tej lekcji, na widok słuchawek i wszystkiego co pachniało podobnie, chował się do swojej budo - klatki i spoglądał na mnie z wyrzutem, jakbym mu wykończył całą rodzinę.

Samochód jak samochód. VW Polo, co mówi samo za siebie. Bez wyrazu, ale bez problemów.

Po dwudziestu długich dniach rozstaliśmy się i wreszcie mam spokój. Jedyną pozostałością po tym okresie jest nowy samochód stojący przed moim domem. Po trzech tygodniach za kółkiem, stwiedziłem, że to całe chodzenie to jednak męcząca sprawa i nabyłem za tygodniową wypłatę pojazd, który jeździ. I to jest jego główna zaleta.

komentarze (13) | dodaj komentarz

fotografia

czwartek, 20 sierpnia 2009 23:11

24.

 

Maryla usłyszała samochód Pawła wjeżdżający na podwórko i wyszła na próg. Martyna i Patryk wystawili nosy zza niej i aż zaczęli podskakiwać z radości.

- Tata przyjechał! - zawołała Martyna i podbiegła do samochodu, żeby przywitać się jako pierwsza.

Na pierwszy rzut oka Paweł zauważył, że Maryla jest zmieniona. Wyglądała odświętnie. Już nie pamiętał kiedy widział ją ostatni raz w sukience.

- Wybierasz się gdzieś? - zapytał. - Wyglądasz wyjściowo. - Pociągnął nosem i poczuł zapach jego ulubionej kaczki z jabłkami.

- Ktoś do nas przychodzi? - popatrzył na nią pytająco. Maryla uśmiechała się tajemniczo. - Co to za impreza?

- Impreza z okazji przyjazdu ojca i męża do domu! To ostatnio wielka rzadkość u nas. - Podeszła do niego i musnęła wargami jego policzek. Pachniała jakimś wiosennym, miłym zapachem. Paweł objął ją swobodną ręką. Tkanina sukienki była przyjemnie gładka i miękka.


* * *


- Policja odplombowała szwalnię Waldka ... Teresy. Teresa chce ją znowu uruchomić.

- Ciekawe, kto tym się będzie zajmował?

- Ja. Już się zajmuję.

- Ty? Przecież ty się nie znasz na tym.

- Nauczę się. Ty się nie znałeś na leasingu, a teraz jesteś dyrektorem.

- Jeszcze jestem. Czy to znaczy, że mam nie szukać mieszkania w Gdańsku?

- W Gdańsku? Ostatnio wspominałeś coś o Warszawie?

- To już nieaktualne.

- Aha. Coś poszło nie tak?

- Wszystko poszło nie tak.

- No to poczekajmy jakiś czas z decyzjami.

- Poczekajmy. A co u Teresy?

- Ma nowego faceta.

- Poważnie?! Kto to?

- Jakiś Niemiec. Przysłała mi maila z jego zdjęciem. Przystojny. Chcesz zobaczyć?

- Może potem. Ależ ta kaczka smaczna.


* * *

Spali, przytuleni do siebie jak dzieci. Paweł nie pojechał do Gdańska w niedzielę rano. Nie spał całą noc z soboty na niedzielę. Myślał intensywnie. Nad ranem zdecydował, że musi się podzielić z Marylą całą swoją wiedzą. Chciał żeby wiedziała, co im może grozić i żeby wzięła na siebie jakąś część odpowiedzialności, żeby znalazła jakieś rozwiązanie. Ona zawsze to robiła.

Nie pojechał do Gdańska w niedzielę rano, bo zobaczył zdjęcie nowego faceta Teresy. Zobaczył i chciał żeby to była nieprawda.

Podeszli go z najmniej spodziewanej strony.

Z ekranu komputera uśmiechał się chłodno Adrian Makowski. Ktoś, kogo Paweł znał pod tym nazwiskiem. Mężczyzna, którego spotkał w willi w Pabianicach.

Musiał powiedzieć Maryli o wszystkim. Przy okazji przyznał się do romansu na Krecie. Maryla mu wybaczyła.

Dyskutowali całą niedzielę, roztrząsali drobiazgowo najmniejszy szczegół i Maryla znalazła wyjście z sytuacji. Jedyne i tak proste, że aż genialne.

Spali, przytuleni do siebie jak dzieci. Paweł miał sen. Latał.

komentarze (0) | dodaj komentarz

autostopowiczka

wtorek, 11 sierpnia 2009 16:00

23.


- Jedzie pan w stronę Torunia? - zapytała kobieta. Kiedy zbliżała się, Paweł oceniał ją na jakieś trzydzieści kilka lat, ale z bliska widać było, że jest dużo starsza. Pozytywna energia emanowała z całej jej sylwetki. Pytanie zadała jakoś tak beznamiętnie, nienachalnie. Spojrzała na niego przyjaźnie i uśmiechnęła się.

Paweł pokręcił głową w geście zaprzeczenia. Jeszcze się nie „rozłączył" z Orłowskim. Wciąż krążył myślami wokół propozycji policjanta.

- Jadę do Gdańska - powiedział zmęczonym głosem i spuścił wzrok.

- Aha - patrzyła na niego uśmiechając się cały czas. Jakby nie zrozumiała.

- Ale nie przez Toruń - chciał żeby już sobie poszła.

- Rozumiem. Dobrze się pan czuje? Nie potrzebuje pan pomocy? - Paweł jeszcze nigdy nie widział kogoś zadającego pytania tak beznamiętnie, a jednocześnie ciepło. To nie była grzecznościowa formułka, obliczona na pozyskanie jego sympatii. Ona naprawdę chciała wiedzieć, jak on się czuje.

- Nie, nie - mruknął z krzywym uśmiechem. Domyślał się, że wczorajszy dzień odcisnął się na jego twarzy i sylwetce.

Kobieta popatrzyła na niego uważnie i odwróciła się. Robiła wrażenie zadowolonej z życia i w ogóle niezrażonej jego odmową. Oddalała się niespiesznie. W ręku trzymała zrolowany śpiwór. Plecak i śpiwór. Jakaś dziwna autostopowiczka, pomyślał Paweł.

- Mogę panią do Płońska podrzucić! - krzyknął za nią. Sam nie wiedział dlaczego. Chyba żeby wreszcie zrobić coś pozytywnego, bezinteresownego.

Plecak i śpiwór wylądowały na tylnym siedzeniu vectry.

- Zawsze to trochę bliżej - powiedział Paweł.

- Dziękuję - Kobieta zapięła pasy i uśmiechnęła się szeroko.

Paweł miał teraz wrażenie, że musiał gdzieś ją przedtem spotkać. Ten uśmiech był jakiś znajomy. Możliwe, że była podobna do kogoś, kogo znał. Nie mógł sobie przypomnieć do kogo.

Jakiś czas jechali w milczeniu. Kobieta najwidoczniej nie miała ochoty odwdzięczać się rozmową za podwiezienie. Nic ciekawego nie miała do powiedzenia, albo może nie chciała przeszkadzać w prowadzeniu samochodu.

- Jedzie pani do Torunia? - Paweł przerwał pytaniem krępującą ciszę.

- Nie. Jadę w okolice Drobina. - rzuciła w odpowiedzi i zamilkła znowu. Nie zamierzała rozwijać tego tematu.

Paweł uznał, że na tym można zakończyć konwersację. Do zjazdu na trasę prowadzącą do Torunia było mniej jak pół godziny i nie zamierzał się wysilać.

Zaczął w myślach układać plan na resztę dnia i na jutro. Chciał popracować nad papierami, które dostał od Jasińskiego, znaleźć starą komórke, którą rzucił gdzieś w kąt, kiedy kupił iphona i przemyśleć plan działania. Jeśli Orłowski miał rację i te typy rzeczywiście będą się z nim kontaktować to wolał być gotowy.

Policja miała na pewno jakiś plan, ale on wolał mieć swój. Musiał zrobić coś, żeby wyjść cało z tego ślepego zaułku, w który zagonili go tajemniczy mocodawcy Makowskiego. Jeszcze nie wiedział co, ale był pewien, że jeśli nie wymyśli czegoś naprawdę sprytnego i zacznie współpracować z którąkolwiek ze stron, to szybko dotrze do końca tego zaułku. I do jedynego wyjścia z niego. Przez prosektorium. Tak jak Waldek.

Brzęczenie komórki przerwało jego rozmyślania. Dzwoniła Maryla. Chciała wiedzieć, kiedy będzie w domu. Były ważne sprawy do omówienia i dzieci już się bardzo za nim stęskniły. Kiedy dowiedziała się, że jedzie z Warszawy, zaproponowała, żeby pojechał przez Dąbrówkę. Właściwie zarządała.

Gdyby nie pasażerka siedząca obok niego, pewnie by dyskutował i przekonywał Marylę, że to nie jest dobry moment na wizyty domowe. Bo nie był. Za chwilę mogły się zacząć dziać różne nieprzewidziane rzeczy i musiał się jakoś przygotować. Poza tym Jasiński prosił żeby popchnąć jego wnioski jak najszybciej. To byli jacyś dobrzy znajomi dyrektora.

Gdyby nie pasażerka. Ale ona słuchała i nie chciał spierać się z Marylą przy niej. Zgodził się i postanowił, że przenocuje w domu, a następnego dnia wyjedzie do Gdańska wcześnie rano.

- Ma pani szczęście - powiedział do kobiety, odkładając telefon.

- Wiem. Dzisiaj mało kto zabiera autostopowiczów.

- To prawda. A ja dodatkowo zmieniłem plany i jednak pojadę przez Toruń. Mogę panią podrzucić do samego Drobina.

- Naprawdę? To wspaniale. - podziękowała. Paweł usłyszał w jej odpowiedzi jakiś dziwny ton i spojrzał na nią spod oka. Tajemnicza osoba. Nie mógł sobie przypomnieć skąd zna tą twarz.

- Z Drobina mam już tylko dwa kilometry. Przy tej pogodzie spacer będzie przyjemnością.

- Jedzie pani do rodziny? - zapytał i znowu popatrzył na nią uważniej. Zaczynała go naprawdę intrygować.

- Nie. Jadę do Kuchar. Do ośrodka buddyjskiego.

            - I co będzie pani tam robić?- Paweł nigdy nie widział żadnego buddysty, oprócz Dalaj Lamy w telewizji. Nie wiedział, że w Polsce są jakieś ośrodki buddyjskie.

            - Co roku o tej porze mój Lama przyjeżdża do Polski, do Kuchar i prowadzi kurs świadomego umierania.

Paweł uśmiechnął się i nic nie powiedział. W jej wieku pewnie się myśli dużo o śmierci, on był na to za młody. Kobieta najwyraźniej nie zamierzała kontynuować. Nic więcej nie powiedziała.

Dojechali do zjazdu na Toruń i Paweł skręcił. W milczeniu przejechali kilka rond i wydostali się z Płońska.

- To chyba nie taki problem umrzeć? - rzucił na pół ironicznie, przerywając ciszę. - Tysiące ludzi codziennie sobie z tym radzi, bez żadnych kursów.

- To zależy jak na to spojrzeć. - Paweł widział, że odpowiada niechętnie, jakby nie zamierzała się dzielić swoją wiedzą. - My uważamy, że śmierć jest bramą do następnego odrodzenia i trzeba się do niej przygotowywać całe życie.

- Co to za życie, jak się myśli cały czas tylko o śmierci? Smutne.

- Wbrew pozorom, nie. Kiedy się zaakceptuje fakt, że któregoś dnia umrzemy,życie staje się prawdziwym darem i każdy dzień jest ważny. Warto się cieszyć wolnością wyboru i wykorzystać fakt odrodzenia się jako człowiek. Nie warto tracić czasu na nieistotne sprawy.

A co jest istotne? - Paweł zapytał sam siebie w myślach. Miał na karku policję i bandytów, został oszukany przez własnego szefa, którego uważał za przyjaciela, musiał znaleźć ratunek przed niebezpieczeństwem, które mogło spaść w każdej chwili na niego i jego rodzinę. To co? Miał usiąść i medytować? Wszystko jest proste, jak się jest emerytem, a nie trzydziestotrzyletnim maszynistą pociągu z forsa, na który wszyscy chcą napaść.

Dojechali do Drobina i kobieta zaczęła odpinać pasy.

- Niech pani zaczeka. Podrzucę panią te dwa kilometry - Paweł zdziwił się, że to powiedział. Widocznie zapas dobrych uczynków jeszcze się nie wyczerpał. Przy tym, kobieta była sympatyczna i nie widział powodu, żeby ją nie podwieźć ten kawałek.

Podjechali do bramy ośrodka, który wyglądał jak staropolski dworek. Po drodze minęli prowizoryczny parking, zapchany samochodami. Tablice rejestracyjne wskazywały, że ich właściciele pochodzili z różnych miejsc w Polsce i Europie. W głebi rozległego parku, otaczającego dworek, Paweł zobaczył ogromny namiot, wyglądający jak cyrkowy i setki ludzi, kręcących się przy nim. Po lewej stronie stała jakaś kamienna budowla i wiele osób chodziło dookoła niej ze skupionymi minami.

Kobieta odpięła pasy, ale nie ruszała się z miejsca, jakby dając mu czas na przyjrzenie się wszystkiemu. Paweł rzeczywiście obserwował z zainteresowaniem tłumy przewalające się przed jego oczami. Nigdy nie spodziewałby się, że w Polsce jest tyle osób zainteresowanych buddyzmem.

- Pan ma jakiś poważny problem, prawda? - zapytała niespodziewanie. Paweł był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Popatrzył na nią nieco nieprzytomnie.

- Mój Lama mówi, że trzeba zawsze znaleźć takie rozwiązanie problemu, które nie skomplikuje życia bardziej tylko je maksymalnie uprości. Dziękuję za podwiezienie - powiedziała wysiadając. Zabrała plecak i śpiwór i powoli poszła w stronę dworku.

Paweł wycofał spod bramy i zawrócił. Jadąc spowrotem spojrzał w lusterko wsteczne. Chmura kurzu, unoszona z polnej drogi ruchem jego samochodu, zasłoniła wszystko z tyłu i ośrodek buddyjski zniknął za nią jak przywidzenie.

W tym momencie dotarło do niego dlaczego ta kobieta wydawała mu się taka znajoma.

Matka tak patrzyła na niego. Akceptująco. Z miłością.

komentarze (0) | dodaj komentarz

 123456  »

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 21 listopada 2009

Licznik odwiedzin: 3347

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

Jestem leniwym pracocholikiem i optymista mimo wszystko. Nigdy sie nie poddaje,chociaz czasami zwalniam nieco.

O moim bloogu

To jest powiesc, a wiec niedoskonala kopia prawdziwego zycia.Niedoskonala, bo zycie nie jest ciagiem logicznie nastepujacych wydarzen, a zywi ludzie rzadko postepuja logicznie.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 25.03.2009 21:41:08
  • autor: miziol
  • treść: Milo Cie goscic w my...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3347
Wpisy
  • liczba: 59
  • komentarze: 203
Księga gości: 9
Bloog istnieje od: 435 dni